Nick Broomfield – legenda brytyjskiego dokumentu, jest jednym z tych twórców, których bliskie nam tematy – a zwłaszcza równość – interesują najbardziej. Artystycznie wyrósł z kina bezpośredniego, spod znaku Fredericka Wisemana, Roberta Leacoka i D. A. Pennebakera. Tradycję dokumentalnej obserwacji uczestniczącej zaszczepił mu już profesor Colin Young w National Film & Television School w Beaconsfield (wcześniej Broomfield ukończył prawo w Cardiff i nauki polityczne na Essex University). Wczesne filmy Broomfielda są wybitnymi przykładami zastosowania tej filmowej metody. Ale spektakularny sukces i szeroki wpływ na język światowego dokumentu Broomfield zawdzięcza nowemu, oryginalnemu stylowi, który wypracował pod koniec lat osiemdziesiątych. Na jego trop wpadł nieco przypadkiem, wprowadzając do opowiadanej historii samego siebie – reżysera w głośnym filmie „Driving Me Crazy”, pomyślanym jako „making of” musicalu „Body & Soul”, ale w czasie kręcenia całkiem wymykającym się spod kontroli. Odtąd znakiem firmowym filmów Broomfielda będzie sam Nick, uzbrojony w nieodłączny pałąkowy mikrofon i magnetofon Nagra. Ujawnienie sytuacji filmowania, relacji z bohaterami i ich dynamiki pozwoliło Broomfieldowi z jednej strony na artystyczne sproblematyzowanie samego aktu dokumentalnego, czyli autorefleksyjność, choć niedyskursywną i nie wprost, z drugiej – uczyniło z niego ojca dokumentu wywrotowego, gatunku, który przyniósł potem sławę takim twórcom, jak Michael Moore czy Louis Theroux. To dokument posługujący się prowokacją, satyrą i ironią, niekoniecznie zakochany w swoim bohaterze. Jest w tym pewien paradoks, że właśnie po angielsku kulturalny Broomfield stał się twórcą gatunku „niegrzecznego dokumentu”. No ale z miłym uśmiechem na ustach Broomfield jest przecież naprawdę nieustępliwy i bezkompromisowy. Jeśli jest rozbrajający, to nie tylko i nie przede wszystkim w lżejszym tego słowa znaczeniu – skutecznie rozbraja też napompowane persony i medialne mity, za którymi często odkrywa przemoc, korupcję i niesprawiedliwość. [mn]